WYWIAD - Nick Mason

Rozmawiał Jarek Szubrycht

Jeśli muzycy Pink Floyd potrafili się dogadać, politycy też mogą - mówi Nick Mason, perkusista tej grupy i autor jej biografii.

Do występu w historycznym składzie nakłonił was dopiero Bob Geldof. Czy biorąc udział w Live 8, wierzyliście, że rock zmieni świat?

- Muzycy rockowi nie mogą zmienić świata, ale możemy wpłynąć na tych, którzy mają taką moc. Jestem pewien, że Bob Geldof dostał od losu szansę i w końcu dopnie swego. W Live 8 nie chodziło na szczęście o to, żeby zebrać pieniądze. Wysyłanie pieniędzy i paczek do Afryki to żadna pomoc, bo tylko rodzi korupcję i układy mafijne. Redukcja długów Afryki też niewiele da, bo za kilka lat znów urosną do poprzedniego poziomu. Potrzebne są rozwiązania systemowe, ożywienie handlu z Afryką, które pobudzi tamtejszą gospodarkę. Festiwal muzyczny jest doskonałą okazją do głoszenia tego przesłania. Nawet jeśli nie udało nam się zmienić świata w jeden dzień, zrobiliśmy krok w dobrym kierunku.

Nie sądzisz, że przeświadczenie o zbawczej sile rocka jest naiwne? Polityk, który wysyła armię 20-latków na wojnę, może w domu relaksować się, słuchając Pink Floyd!

- Tak, to prawdopodobne. Pamiętaj jednak, że Bob Geldof nie ograniczył się do zorganizowania koncertu. On pojechał do Gleneagles na spotkanie G8, gdzie rozmawiał z najbardziej wpływowymi ludźmi świata. Musieli go wysłuchać, bo wiedzieli, że Live 8 oglądały miliony ich wyborców. Niestety, misja Boba nie do końca się powiodła. Załatwiłby w Gleneagles więcej, gdyby nie zamachy w Londynie...

Słowem, warto było zakopać topory wojenne na czas Live 8?

- Bez wątpienia. Jeśli muzycy Pink Floyd potrafili się dogadać, politycy też mogą (śmiech). Na razie nie planujemy kolejnych koncertów, nie ma mowy o powrocie Pink Floyd, ale kiedy chodzi o rzeczy tak ważne, zawsze jesteśmy do dyspozycji.

Porozmawiajmy o twojej książce. Niewiele miejsca poświęciłeś narkotykom, choć odczuliście ich destrukcyjną siłę. Zniszczyły Syda Barretta, zabiły Petera Wattsa, szefa waszej ekipy technicznej...

- To śliski temat i chociaż mam kilka ciekawych przemyśleń, nie sądzę, by biografia zespołu rockowego była odpowiednim miejscem na ich rozpowszechnianie. Chciałem opowiedzieć prawdę, ale bez wywlekania brudów. Nie napisałem, kto jakie zażywał narkotyki ani kogo zaciągnął do łóżka, bo nie chcę stracić przyjaciół. A już na pewno nie podjąłbym się próby opisania, kiedy i dlaczego Peter tak głęboko wpakował się w narkotyki, że przedawkował. Ja tego po prostu nie wiem. Ba! Tak naprawdę nie wiemy nawet, do jakiego stopnia choroba psychiczna Syda wiązała się z narkotykami... Owszem, każdy z nas kiedyś z nimi eksperymentował, ale nie było to nic na tyle poważnego, by wpłynęło na nasze życie. Nie jestem w tej materii tak doświadczony, by mówić: "Tego nie wolno zażywać". Tym bardziej że moim zdaniem narkotyki są złe, ale lepiej raz na jakiś czas wypalić skręta z marihuaną, niż codziennie kopcić po 40 papierosów.

Syd, pierwszy lider Pink Floyd, mógł dołączyć do rockowych świętych: Hendriksa, Morrisona... Zapobiegliście temu, usuwając go z grupy. Może złamaliście mu karierę, ale uratowaliście życie.

- Możliwe. Ale oceniasz nas zbyt surowo, bo jeśli zniszczyliśmy mu karierę, to tylko dlatego, że pozbyliśmy się go z zespołu za późno.

Barrett to dziś postać mityczna również dlatego, że nikt nie wie, co się z nim dzieje.

- Ostatni raz widziałem Syda w czerwcu 1975 roku. Nieoczekiwanie odwiedził nas w studiu Abbey Road, gdy pracowaliśmy nad płytą "Wish You Were Here". Nie można powiedzieć, że rozmawialiśmy, bo trudno się było z nim porozumieć... Od tamtej pory nie szukamy kontaktu na prośbę rodziny Syda, która twierdzi, że przypominanie mu o Pink Floyd i w ogóle o tamtych czasach źle wpływa na jego zdrowie. Niestety, nie wszyscy fani potrafią to zrozumieć i raz na jakiś czas nachodzą jego dom. Dlatego apeluję: jeśli szanujecie Syda, zostawcie go w spokoju!

Rozmawiał Jarek Szubrycht