Mojo: Jak symbolizm "The Wall" odzwierciedla kontakt Pink Floyd z fanami?

Gilmour: Znaczenie nadał temu Roger. Był jedynym, który silnie odczuwał mur między sobą a publicznością. Ja nigdy się z tym nie zgadzałem.. Oczywiście wiedziałem, że publiczność i tak nas słucha, więc się tym nie przejmowałem. Starałem się najlepiej jak tylko mogłem w urzeczywistnieniu wizji Rogera.

Mojo: Chociaż był to pomysł Rogera, zadałeś sobie pewnie pytanie o twój kontakt ze słuchaczami?

Gilmour: Właśnie! "Czy naprawdę masz kontakt z publicznością??

Mojo: Jak odpowiedziałeś?

Gilmour: Sądzę, że identyfikuję się z audytorium lepiej niż Roger. Tak bym to określił.

Mojo: Wasz spektakl przedstawia człowieka jako tę małą anonimową postać wśród tego ogromu. Jak to odczuwasz?

Gilmour: Właściwie widzę to jako część widowiska. Lecz aprobuję to.

Mojo: Widzisz tych ludzi?

Gilmour: O tak, widzę pierwsze 50 czy więcej rzędów. W sumie koncentrujesz się na swoim zadaniu. Oczy błądzą wśród publiki, lecz tak naprawdę ich nie widzisz.



do góry

Mojo: Gdy przyszło wam wystawić koncert, sześć lat później, bez Rogera, co straciliście przez jego odejście? Znaleźliście w sobie jakieś "ukryte moce" ?

Gilmour: Roger był osobą z niespotykanym zapałem i autorytetem. Czasem dobrze jest mieć kogoś takiego. Musiałem tylko włożyć trochę pracy ile tylko byłem w stanie. Postawiliśmy na przeboje niż na spektakl jako taki. Później wyszła sprawa z wyświetleniem tego w telewizji.

Mojo: Po odejściu Rogera znaleźliście jakieś braki w oprawie wizualnej?

Gilmour: Musiałem tylko pozbierać zespół do kupy. Nawet przed ukończeniem albumu, miesiącami omawialiśmy szczegóły strony wizualnej z ekspertami, z którymi mieliśmy okazję kiedyś popracować. Nie chcieliśmy całkowicie przekreślać tradycji, zatrzymaliśmy nawet okrągły ekran na ilustrację piosenek "A Momentary Lapse Of Reason". Ćwiczenie koncertu przez miesiąc w Tokio było koszmarne. By wszystko poprzestawiać, musiałem się chyba rozmnożyć.

Mojo: Strona wizualna koncertu niespecjalnie cię nawet interesuje...

Gilmour: Ależ interesuje! Byłem całkiem przygotowany na przejęcie obowiązków.

Mojo: >Jest pewna historia o płaceniu Rogerowi 800$ za wykorzystywanie nadmuchiwanej świni za noc. Prawda to?

Gilmour: Miał prawa autorskie, czy nie, zdecydowaliśmy się płacić za efekty specjalne włączając w to świnię i parę animacji Geralda Scarfe?a. Roger odszedł wraz z tymi ludźmi, a prawa do wykorzystywania tych efektów kupił na swoją firmę. Jakkolwiek by nie było, nigdy się na to nie zgodziliśmy. Pink Floyd, my wszyscy, zamawialiśmy te efekty i płaciliśmy za nie. Żeby się nie wykończyć procesami sądowymi i ciągłymi nerwami płaciliśmy mu honorarium... Nie wierzyłem i nie wierzę by miał w tym najmniejszą rację, a podczas naszego turnee po prostu zapłaciliśmy mu te parę groszy i tyle.

Mojo: Prawda jeśli chodzi o tą historię o jajach świni? Nie była bajką?

Gilmour: Ktoś nam zasugerował, by zmienić wygląd świni, wtedy Roger nie mógłby rościć sobie do niej praw. Świnia świnią, na miłość Boską. Jak zmieniasz wygląd? Dodajesz jądra. Ha, to było dla nas przezabawne.

Mojo: Czy to również prawda, że bez [Rogera] zgody nie możecie wystawiać "The Wall"?

Gilmour: Nie, wydaje mi się, że możemy. Naturalnie nie moglibyśmy przedstawiać filmu, dopóki Roger ma prawa autorskie jako autor piosenek. Ale nie chcielibyśmy robić tego bez niego, to wyglądałoby śmiesznie. Z drugiej strony planujemy wypuścić "The Dark Side Of The Moon" na wideo, czego nie zdołalibyśmy zrealizować bez zgody Rogera. Oczywiście ubiliśmy interes.



do góry

Mojo: A co z niezwykłymi miejscami, w których mogliśmy oglądać wasze koncerty - Wersalem i Wenecją? Chcieliście wzbudzić sensację?

Gilmour: Nie, nie robiliśmy tego w celach reklamowych. Pomyśleliśmy że może być uroczo. Pewnego dnia mieliśmy świetną okazję. Wersal był wspaniały. Grając tam, dobrze się bawiliśmy. To samo w Wenecji - było prześlicznie, ale denerwowałem się. Udzieliło mi się granie dla 100 milionów ludzi na żywo. No i burmistrz narobił zbyt wiele niepotrzebnej, kłamliwej reklamy.

Mojo: Wasza głośna muzyka niczego przypadkiem nie uszkodziła?

Gilmour: To śmieszne - system nagłaśniający umieszczony na wodzie kilkaset metrów od brzegu miałby zniszczyć budynki stojące 700 lat? Chwileczkę! Kiedy skończyliśmy [grać], ściszyliśmy głośność dziesięciokrotnie, a wtedy burmistrz zaczął własny pokaz sztucznych ogni. Wielkie eksplozje... Jeśli cokolwiek spowodowało naruszenie budynków, to właśnie to. Niskie częstotliwości mogłyby trochę nadwerężyć zabudowania, ale my przecież graliśmy na morzu, a woda jest doskonałym izolatorem.

Mojo: Przyjmujecie zaproszenia w stylu "zagrajcie w naszym mieście" uganiających się za wami miast?

Gilmour: Pewnie. Nie tylko miast. Francja nas zaprosiła. Wpierw zjedliśmy obiad z Jackiem Langiem, później z Ministrem Kultury i zapytali nas gdzie mniej więcej chcielibyśmy zagrać. Wtedy właśnie wybraliśmy Wersal.

Mojo: Gdzie najbardziej chciałbyś zagrać?

Gilmour: Na wcześniejszą i ostatnią trasę koncertową próbowaliśmy zagrać pod Piramidami. Bardzo tam chcemy pojechać. Ale egipski rząd nie jest szczególnie zainteresowany naszą ofertą, poza tym ostatnio pojawił się fundamentalistyczny terroryzm w tym rejonie.

Mojo: "Greatful Dead" był tam pierwszy [w 1978 r.]?

Gilmour: Nie przejmuj się tym, czy jakiś zespół był tam przed nami. Ważne jest to, że ludzie na takim koncercie pamiętają takie wydarzenie do końca życia.

Mojo: Jak daleko posunął się rozpad zespołu? Podczas turnee "A Momentary Lapse Of Reason" powiedziałeś znamienne słowa: "Ricka i Nicka przywracam do życia jako muzyków. Moim zdaniem zniszczył ich Roger".

Gilmour: Obstaję przy tym. To była stopniowa odbudowa od stanu wyjściowego. Mógłbym powiedzieć, że tuż na początku nasz drugi klawiszowiec i perkusista byli nam dość potrzebni, by utrzymać wszystko w ryzach. Lecz w ciągu pierwszego miesiąca, Nick i Rick przejęli na siebie swoje obowiązki. To prawda, drugi klawiszowiec odciążył nieco Ricka, przez co ten mógł lepiej grać nasze stare kawałki. No a jego gra na pianinie i Hammondzie była piękna.



do góry

Mojo: Powracając do lat 60. i przetrwania w erze Thatcher i Reagana. Jak myślisz, czy Pink Floyd stał się częścią wielkiej machiny do zarabiania pieniędzy?

Gilmour: Nie widzę powodu, dla którego miałbym usprawiedliwiać tworzenie muzyki przy jednoczesnym zarabianiu pieniędzy. Tak też robimy. Zawsze skupialiśmy się na odnoszeniu sukcesu. Osobiście twierdzę, że nasza muzyka jest stworzona dla większych miejsc [koncertowych]. Nigdy nie byłem stronnikiem Reagana czy Thatcher. Nie jestem też jakimś tam lewicowcem bym twierdził, że nie wolno mi zarabiać pieniędzy. Szczególnie przed turnee w 1987 roku, mieliśmy niemałe kłopoty finansowe i naprawdę chcieliśmy zarobić trochę forsy. Nick i ja musieliśmy nieźle naruszyć nasze zasoby finansowe, by postawić na swoim. Zrobiliśmy to, co zrobiliśmy. Chcieliśmy w końcu zdobywać ten świat. Nie ulegało wątpliwości, że chcemy zarobić i zatroszczyć się o kariery. Nie sądzę, że jest ktoś, kto mniej idzie na łatwiznę, czy wkłada w to więcej forsy, a uzyskuje lepszy efekt niż my. Nasze gaże są spore, ale założę się, że zyski netto są niższe niż kogokolwiek.

Mojo: A jaki jest twój pogląd na sponsorowanie?

Gilmour: Pierwszy sponsoring podpisaliśmy z Volkswagenem podczas naszego ostatniego turnee. Przyznaję, że nie był to dobry pomysł, to było nieprzyjemne. Powitania, uściski z ludźmi z Volksvagena. Nie przybyło mi na tym popularności. Nie chcę, by mówili, że mają coś wspólnego z Pink Floyd i są częścią naszego sukcesu. Nie powtórzymy już czegoś takiego; cały utarg poszedł na cele charytatywne. Powinniśmy pozostać trochę niezależni, tak myślę, tak zrobimy w przyszłości.

Mojo: Dlaczego zezwoliłeś na użycie utworu "The Great Gig In The Sky" w reklamie Nurofenu 1

Gilmour: To Rick napisał tę muzykę. On zrobił dla nich przeróbkę. To należy do autora. Jeśli również moim nazwiskiem byłby sygnowany utwór, to nigdy by się nie wydarzyło. Nie chciałem tego robić. Ale to sprawa Ricka. Nie popierałem takich działań, ale nie miałem nad tym żadnej kontroli.

Mojo: Wchodząc w zawiłości finansowe Pink Floyd - czy to prawda, że za koncerty w Moskwie zapłacono wam drewnem?

Gilmour: Ależ gdzie tam. Kiedy w 1989 roku zagraliśmy, rosyjski rząd użyczył nam potężnego transportowca do przewiezienia naszego sprzętu z Aten, a później pokoi hotelowych i paru drobiazgów. Mogli zaoferować nam jedynie małe honorarium w dolarach, więc dyskutowaliśmy czy nie zapłaciliby nam w kawiorze czy czymś innym. Żartowaliśmy! Straciliśmy pieniądze, to wszystko! Zapłaciliśmy za spektakl. Pomyśleliśmy, żeby dobrze wypaść na koncercie w Rosji. Wystawiliśmy tygodniowe mega-show. Ale nie płacono nam żadnym drewnem. Na innych koncertach, jak w Wenecji straciliśmy forsę. Już przy planowaniu koncertów zakładaliśmy straty na tego typu pokazach. Wenecja, Moskwa, to tylko część historii. Mogliśmy oczywiście zrezygnować ze stratnych koncertów, ale nie chcieliśmy tego robić. "Połączmy wszystko razem i zagrajmy koncert". Nie gramy wszystkich koncertów ze względu na zysk. Przykro mi jeśli to brzmi jak samousprawiedliwienie, no ale cóż - jesteśmy przygotowani na słowa krytyki.



do góry

Mojo: Wśród wielkich interesów i wspaniałych efektów, kiedy wszystko spada na twe barki, co wkładasz do tej muzyki i co z niej masz?

Gilmour: W tę muzykę wkładam własną duszę. Ale Pink Floyd nie jest tylko mój. Jestem ograniczony przez czyjeś pragnienia i potrzeby. Cała rzecz w tym, żeby wypośrodkować sztukę pomiędzy ideałami. W obecnych czasach mam nieco więcej do powiedzenia aniżeli inni, bo to rodzaj organizacji merytokratycznej, lub jeśli wolisz: produkuję większość tekstów, muzyki, kierunków. Jestem osobą, na którą ta funkcja przypadła, nie żaden wybór.

Mojo: Wiemy już, że jesteś "głównym graczem". Ale czy może mógłbyś scharakteryzować tą "duszę"? A może jesteś przeciętnym Anglikiem, nie lubiącym pogadać o tych sprawach?

Gilmour: Nie wiem, co chcesz przez to powiedzieć... to nie tak, że nie chcę mówić. Może to źle ujmuję. W końcu moją najlepszą formą wypowiedzenia się jest gitara i śpiew.

Mojo: Powracając do estrady, no i studia...

Gilmour:a Jeśli tak chcesz. Cały cykl w studiu nagrań jest bardzo ważny. Nawet więcej. To jest... czasem frustrujące i satysfakcjonujące Jeśli otrzymasz te dźwięki, jakie chciałeś usłyszeć i myślisz?to mogą ludzie dostać?. Są kawałki powstające szybko i pięknie - "High Hopes" z ostatniej płyty. Napisałem z obecną żoną, Polly, bardzo szybko. Wszedłem do studia i zademonstrowałem. Skończyłem w jeden dzień. Przy wyjściu ze studia (tu cichy szept) czułem się cholernie fantastycznie. Taki moment to radość i duma mające w sobie coś z magii. W przeciwieństwie jak ci nie wychodzi... ale nie będę podawał tytułów.

Mojo: Popatrzmy na koncertowe "High Hopes". Opisałeś prywatne zwierzenia, lecz jak uznać tę prywatność na 50 tysięcznym stadionie?

Gilmour: Wierzysz w to, czy nie, lecz dążę do prywatności. Jak to odbierają ludzie... mamy najlepszy system nagłaśniający na świecie jak i dźwięk przestrzenny, a ty nie jesteś w klubie i publiczność widzi cię po prostu jak na dłoni. Wiem, że to nie żadna prywatność. Lecz nie jestem szczególnie przekonany do przytulnych miejsc. Dla mnie są bardziej przerażające niż wielkie hale. Moim ideałem jest stopniowe zwiększanie liczby widzów na kolejnych koncertach np. z 10 tys. do 100 tys. Na ostatniej trasie wydawało się, że lepiej gramy na odkrytym stadionie. Nie lubię tego. Granie w małej, przytulnej atmosferze Earls Court2 było dobrym pretekstem do skończenia turnee.

Mojo: Mówisz o Earls Court jakby to było "The Marquee"3.

Gilmour: Dla nas tak było i było straszne.

Mojo: Grając "High Hopes" na Earls Court, piosenkę o niezwykłej prywatności, napisanej wspólnie z żoną, gdzie wtedy byłeś?

Gilmour: Znajduję się w kokonie. Całkowicie odizolowany. Jeśli robisz to najlepiej jak potrafisz, ludzie to rozumieją. Ale nie kieruję tego do jednej osoby. W ogóle nie myślę wtedy o publiczności Robię to po prostu we własnej wyobraźni. Przez większość czasu przymykam oczy i skupiam się na słowach, tak by znaczyły to, co mają oznaczać. To proste kiedy śpiewasz i nie zastanawiasz się co to oznacza. Z takimi piosenkami - również Rogera - wydaje mi się, że zaśpiewanie każdej sylaby i nadania jej właściwego znaczenia jest niezwykle ważne. Musicie w to uwierzyć.