Czego chcesz ode mnie

Kiedy rozglądasz się nocą po pokoju
Siadasz w swoim fotelu i przyciemniasz światła
Czy chcesz mojej krwi, czy chcesz moich łez
Czego chcesz
Czego chcesz ode mnie
Czy mam śpiewać
dopóki nie będę mógł wydać z siebie głosu
Szarpać struny aż zedrę sobie palce do kości
Tak ciężko cię zadowolić
Czego chcesz ode mnie

Czy myślisz że wiem coś
Czego ty nie wiesz
Czego chcesz ode mnie
Czy pójdziesz jeżeli nie obiecam ci odpowiedzi
Czego chcesz ode mnie
Czy mam stać na deszczu
Czy chcesz abym uplótł ci wianek ze stokrotek
Nie jestem tym kogo potrzebujesz
Czego chcesz ode mnie

Możesz mieć wszystko czego zapragniesz
Możesz dryfować, możesz marzyć
Możesz nawet chodzić po wodzie
Wszystko czego zapragniesz

Możesz posiąść wszystko co widzisz
Sprzedać swoją duszę dla pełni władzy
Czy tego naprawdę potrzebujesz

Możesz zatracić się tej nocy
Zobaczyć że wewnątrz nie ma nic do ukrycia
Obrócić się i stanąć w świetle Czego chcesz ode mnie

 

Zupełnie różni

Czy wiedziałeś
Wszystko wskazywało na to że tobie pójdzie źle
I czy widziałeś
Wszystko wskazywało na to że mnie będzie dobrze
Więc czemu ci powiedzieliśmy
Że zawsze byłeś złotym dzieckiem
I że nigdy nie stracisz tego światła w oczach

Hej ty Czy kiedykolwiek zdałeś sobie sprawę czym się stałeś
I czy widziałeś
Że to nie tylko ode mnie uciekałeś
Czy wiedziałeś cały czas
Ale i tak nigdy ci to nie przeszkadzało
Być pierwszym wśród ślepców
Kiedy ja wpatrywałem się w stal twoich oczu

Deszcz opadł powoli
Na dachy niepewności
Pomyślałem o tobie
I wszystkie lata i cały ten smutek
Opadły ze mnie
I czy wiesz

Nigdy nie sądziłem
że możesz stracić to światło w oczach

 

Wielki dzień dla wolności

W dniu w którym runęła ściana
Okowy rzucono na ziemię
I z kieliszkami wzniesionymi w toaście
Zakrzyknęliśmy o witanej przez nas wolności

W dniu w którym runęła ściana
Statek Głupców w końcu osiadł na mieliźnie
Obietnice rozjaśniły noc
Jak papierowe gołąbki na wietrze

Śniłem że ode mnie odeszłaś
Ani ciepło ani nawet duma nie pozostała
I mimo że mnie potrzebowałaś
Było jasne że nic dla ciebie nie mogę zrobić

Teraz życie traci wartość dzień po dniu
Gdy przyjaciele i sąsiedzi się odwracają
I dokonuje się zmiana która mimo żalu
jest nieodwracalna

Teraz granice zmieniają się jak piaski pustyni
Gdy narody umywają swoje splamione krwią ręce
Lojalności i historii w odcieniach szarości

Obudziłem się na głos bębnów
Grała muzyka, wślizgnęło się poranne słońce
Obróciłem się i spojrzałem na ciebie
I wszystko prócz gorzkiego wspomnienia odeszło Odeszło

 

Ukazując swoje wnętrze

Od rana do nocy pozostawałem niezauważony
Nie zauważyłem kim się stałem
Półżywy ledwo przetrwałem
W powodzi słów

Nie usłyszysz dźwięku
On jest zwinięty w kącie
Z moich ust
Ale ekran wciąż rozbłyskuje
Spędziłem zbyt wiele
Nieskończonym strumieniem śmieci
Ukazując swoje wnętrze
...by przekląć to miejsce
Moja skóra jest zimna
W morzu losowych obrazów
Na dotyk człowieka
Samoniszczące się zwierzę
To krwawiące serce
Czekające na nadejście fal Ledwo bije

Wymamrotałem przysięgę ciszy
I teraz nie słyszę nawet gdy myślę na głos
Zwyciężony przez światło pokochałem noc
Przyjąłem jej ciemność z pustym uśmiechem

Czołgam się z powrotem ku życiu
Z nerwami w strzępach
Ukazując swoje wnętrze

Spójrz na niego teraz
Jest jakiś bledszy
Zmienia się
Zaczyna się dławić
Tak dawno nie mówił
Może włożyć swoje słowa w moje usta

A dzięki tym słowom moge widzieć czysto
Poprzez chmury które mnie przykrywały
Poczekaj chwilę, potem wymów moje imię
Teraz możemy znowu usłyszeć się nawzajem

Czekam z nadzieją
On stoi na progu
Na dzień
Złapany kiedy płonął gniewem
Kiedy wszystkie chmury
I ciśnięty do pieca
Rozwieje wiatr
...Przeklnie to miejsce
Teraz jestem z tobą
Jest rozdarty na wszystkie strony
Mogę wymówić twoje imię
A ekran wciąż rozbłyskuje
Teraz możemy znowu usłyszeć
Czekając aż buchną płomienie
Siebie nawzajem

 

Zabierz to z powrotem

Jej miłość opada na mnie jak deszcz
Z lekkością wiatru
Wsłuchuję się w oddech
Brzmi jak szum fal na morzu
Myślałem o niej cały czas
Płonąc furią i pożądaniem
Opadaliśmy w ciemność
Ziemia płonęła


Ona mogłaby to zabrać
Ona może zabrać to z powrotem pewnego dnia

Więc szpiegowałem ją i okłamywałem
Składałem obietnice których nie mogłem dotrzymać
Potem usłyszałem jej śmiech
Narastający z głębi
I sprawiłem że udowodniła mi swoją miłość
Wziąłem wszytko co mogłem
I wypróbowałem ją do końca
Aby zobaczyć czy się złamie

Ona może to zabrać
Ona mogłaby zabrać to z powrotem pewnego dnia

Widziałem ostrzeżenia
Krzyczące z każdej strony
Łatwo jest je ignorować
Bóg świadkiem że próbowałem
Cała ta pokusa
Obróciła w kłamstwa moją wiarę
Dopóki nie potrafiłem dostrzec niebezpieczeństwa
Albo usłyszeć nadciągającego przypływu Ona mogłaby to zabrać
Ona zabierze to z powrotem pewnego dnia

 

Powracając do życia

Gdzie byłaś
Kiedy byłem wypalony i złamany
Gdy dni przemijały
Oglądane zza mojego okna
I gdzie byłaś
Kiedy byłem zraniony i pozbawiony pomocy
Ponieważ rzeczy które mówisz i rzeczy które robisz
Otaczają mnie
Kiedy wsłuchiwałaś się
W słowa kogoś innego
Gorąco pragnąc uwierzyć w to co słyszałaś
Ja wpatrywałem się prosto w jaśniejące słońce

Zagubiony w labiryncie myśli i czasu
Podczas gdy ziarna życia
i ziarna zmiany są siane
Na zewnątrz deszcz padał powoli w mroku
Kiedy myślałem o tej niebezpiecznej
Pasji której niepodobna było się oprzeć

Miałem cudowną podróż poprzez nasze milczenie
Wiedziałem że nadszedł moment
Zabicia przeszłości i powrotu do życia

Miałem cudowną podróż poprzez nasze milczenie
Wiedziałem że nadszedł czas oczekiwania
I skierowałem się wprost w jaśniejące słońce

 

Rozmawiaj

Przez miliony lat
ludzie żyli jak zwierzęta
Ale nagle zdarzyło się coś
co uwolniło potęgę naszej wyobraxni
Nauczyliśmy się mówić

Otacza mnie cisza
Nie wydaje się abym potrafił myśleć prosto
Posiedzę w kącie
Nikt nie będzie mnie niepokoił
Myślę że teraz powinienem się odezwać
Czemu do mnie nie mówisz
Nie wydaje mi się abym potrafił teraz mówić
Nigdy do mnie nie mówisz
Nie potrafię wydobyć słowa
O czym myślisz
Czuję się jakbym się topił
Co czujesz
Czuję się słaby
Czemu do mnie nie mówisz
Nie mogę okazac swojej słabości
Nigdy do mnie nie mówisz
Czasem zastanawiam się
O czym myślisz
Dokąd zmierzamy
Co czujesz

To nie musi tak być
Wszystko co musimy zrobić
To upewnić się że rozmawiamy

Czemu do mnie nie mówisz
Czuję się jakbym się topił
do mnie nie mówisz
Wiesz że nie mogę teraz oddychać
O czym myślisz
Zmierzamy donikąd
Jak się czujesz
Zmierzamy donikąd

Czemu do mnie nie mówisz
Nigdy do mnie nie mówisz
O czym myślisz
Dokąd zmierzamy

To nie musi tak być
Wszystko co musimy zrobić
To upewnić się że rozmawiamy

 

Niewypowiedzialne

Żyłem tam gdzie nie wiał wiatr
Uwięziony w kotle nienawiści
Czułem się prześladowany i sparaliżowany
Myślałem że wszystko inne po prostu poczeka

Kiedy tracisz swój czas na nieprzyjaciół
Owładnięty gorączką złości
Poza twoim wąskim spojrzeniem realność znika
Jak cienie odchodzące w noc

Męczarnia ostrożności
Z pewnością nie pomoże
Ponieważ statystyka nie ma znaczenia
Kiedy ta jedyna zamyka za sobą drzwi

Czy widzisz jak ciemność niweczy twoje życie
Czy to prawda ze walisz pięściami w ziemię
Unieruchomiony w odizolowanym świecie
Gdy pędy bluszczu zarastają drzwi

Więc otwieram drzwi dla swoich wrogów
I pytam czy możemy zacząć od nowa
A oni mówią abym łaskawie się odpieprzył
Wiesz że po prostu nie możesz wygrać

 

Wielkie Nadzieje

Za horyzontem widzianym z miejsca gdzie żyliśmy
kiedy byliśmy młodzi
W świecie magnesów i cudów
Nasze myśli błądziły wciąż
i bez granic
Dzwon rozdzielenia zaczął bić
Prosto wzdłuż długiej drogi

a potem dalej po bruku
Czy oni spotykają się tam wciąż
Zgraja łachmaniarzy
Szła za nami krok w krok
Uciekaliśmy zanim czas zabrał nam marzenia
Zostawiając miriady małych robaków
próbujących przyciągnąć nas do ziemi
Do życia trawionego powolnym rozkładem

Trawa była zieleńsza
Światło jaśniejsze
Z przyjaciółmi wokół
Noce pełne cudów

Patrząc ponad zgliszczami
us mostów płonących za nami
Przez mgnienie oka widząc jak zielono było
po drugiej stronie
Idziemy przed siebie
Ale cofamy się we śnie
Przyciągani siłą jakiegos wewnętrznego przypływu
Wyżej z rozpostartą flagą
Osiągnęliśmy odurzające wysokości
tego wymarzonego świata

Obarczeni na zawsze
przez pożądanie i ambicję
Cierpimy głód wciąż niezaspokojony
Nasze znużone oczy wciąż wpatrują się w horyzont
Mimo że tą drogą
szliśmy tak wiele razy

Trawa była zieleńsza
Światło jaśniejsze
Smak słodszy
Noce pełne cudów
Z przyjaciółmi wokół
Mgła jasniejąca o świcie
Woda płynąca
Nieskończoną rzeką
Teraz i na zawsze