Muzyka rockowa w pierwszym impulsie kojarzy się z buntem i wyzwaniem. Taki był w swej idei wczesny rock and roll, hard rock, heavy metal... Jak w każdym kierunku sztuki, tak i w rocku byli prekursorzy tworzący trend, po nich szli naśladowcy, którzy swym tłumem ów trend wypełniali. Raz na jakiś czas pojawiała się nowa indywidualność, która wystawałą ponad tłum, rzucała wyzwanie dotychczasowemu trendowi i tworzyła nowy. W czasie gdy kilku najzdolniejszych prekursorów rock and rolla, jak Buddy Holly i Eddie Cochran, tragicznie zmarło w młodym wieku, a czołowy kapłan tej religii, Elvis Presley zaczął grywać w żenujących filmikach i śpiewać w siedlisku burżuazyjnej rozrywki, Las Vegas, pojawiły się nowe indywidualności. Tymi, którzy rzucili najbardziej odkrywcze i nowatorske wyzwanie , grupą o największej wówczas inwencji i trendotwórczej sile, byli:

PINK FLOYD

      Nowatorska istota ich wyzwania leżała właśnie w tym, że zerwali ze stereotypem rockowego buntownika, który rozbija na scenie gitary, szaleje po autostradach Harleyem-Davidsonem i ubliża establishmentowi. Wyzwanie, jakie rzucili, miało charakter intelektualny. Wyprowadzili rocka ze shematu barbarzyńskiego na wyżyny Sztuki. To właśnie oni od słowa "art" (sztuka) zainicjowali termin "atr rock" i cały trend tym terminem określany.

      Malownicze, spokojne miasteczko Cambridge, słynące ze swego uniwersytetu, było rodzinnym domem trzech przyjaciół o wspólnych zainteresowaniach malarstwem, rzeźbą i architekturą. Dwaj rówieśnicy z 1944 roku, David Gilmour i Roger Waters oraz młodszy od nich o dwa lata Roger Barrett (który, żeby go nie mylić z Watersem, wymyślił sobie imię Syd) rozumieli się dodatkowo na jeszcze jednej płaszczyźnie: muzycznej. Już w czasach licealnych podejmowali próby zespołowego grania. Gdy Barrett zrobił maturę, wspólnie z Gilmourem wybrał się na kilkumiesięczną artystyczną włóczęgę po Europie, wypełnoną zwiedzaniem zabytków i muzeów. (Tu przypomnijmy dla porównania, że młody Elvis Presley w Europie "zwiedzał" garnizony wojskowe i wesołe miasteczka, a młodzie Beatlesi - hamburskie domy publiczne) . Po powrocie Barrett podjął studia na londyńskiej Akademii Sztuk Pięknych Camberwell. W tym czasie Roger Wates studiował architekturę na politechnice Regent Street, również w Londynie. Tu zaprzyjaźniłsię z dwoma kolegami o podobnych zainteresowaniach muzycznych. Byli to Rick Wright i Nick Mason. W trójkę założyli zespół Sigma 6. Waters śpiewał i grał na gitarze, Wright na klawiaturach, a Mason na perkusji. Spoza uczelni dołączył basista Clive Metcalfe i - na krótko - wokalistka Juliette Gale, która wprawdzie wyszła później za Wrighta, ale nie kontynuowała współpracy z grupą. Pierwsza znacząca zmiana nastąpiła, gdy pojawił się gitarzysta z prawdziwego zdarzenia, Bob Close. Metcalfe odszedł, zaś Waters z gitary "przesiadł" się na bas. Zespół rozszerzył swą dotychczsową formułę rhythm and bluesa, eksterymentując z nowymi, coraz bardziej oryginalnymi propozycjami. Zrezygnowali z nazwy Sigma 6, w każdym kolejnym wcieleniu stylistycznym przybierając inną, równie oryginalną, m.in. T-Set, Sreaming Abdabs, wreszcie Abdabs. Waters, nie chcąc zrywać przyjacielskiego kontaktu z licealnym kumplem Barrettem, zaprosił go do współpracy. Na swoją zgubę i jak na ironię, bo później miał mu przypaść obowiązek wyproszenia Syda z zespołu i borykania się z konsekwencjami. Już na wstępie pojawił się zgrzyt. Bob Close gitarzystą sprawnym technicznie, ale myślącym tradycyjnie. Syd Barrett w porównaniu z nim był gitarowym amatorem, ale myślał szerszymi horyzontami, wprowadzając do bluesowo-rockowo-popowych schematów element mistycyzmu i szaleństwa (w czym rozymiałgo i popierał podobnie czujący Waters). Ten dysonans oznaczał koniec spontanicznej, studenckiej formacji. Ale dzień jej rozpadu, to zarazem data natychmiastowych narodzin formacji przez duże "F".

      Jest rok 1965. Syd Barrett, Nick Mason i Rick Wright niemal z dnia na dzień po rozstaniu z Close'em zbierają się ponownie. Syd imionami dwóch ulubionych bluesmanów z Georgii, Pinka Andersona i Floyda Councila, chrzci nową załogę: The Pink Floyd Sound. Rzucają się w wir prób, zaniedbując studia. Barrett pisze popowo-rhythm&bluesowy utwór Lucy leave. Po dwóch tygodniach polerowania brzmienia i pomysłów aranżacyjnych wchodzą do pewnej piwnicy o dumnej nazwie Thompson Private Recording Company. Nagrywają na gorąco "dzieło" Barretta i własną (to znaczy nieco dziwną) wersję I'm a king bee Slima Harpo. Ewidentne braki techniczne i nieporadność tych nagrań w pełni zrekompensowało interesujące myślenie muzyczne, zaskakujące dźwiękami i zwrotami melodyczno-harmonicznymi, jakich dotąd nie grano.

      Czwórka niedoszłych adeptów srchitektóry i sztuk pięknych ze swą niekonwencjonalną wizją muzyki szybko zwróciła na siebie uwagę zbuntowanego środowiska artystycznego. Chłopcy jeszcze raz zmienili nazwę, skracając ją do Pink Floyd. Ich faktyczny, oficjalny debiut nastąpił 15 października 1966 roku w londyńskim klubie "Roundhouse", podczas uroczystości wydania pierwszego numeru magazynu "International Times", który był programową publikacją tzw. Free School. Od grudnia tego roku, grupa regularnie występuje w klubie "UFO", stając się prekursorem brytyjskiego nurtu psychodelicznego. Ich wielominutowe utwory o dziwnych melodiach, rozbudowne, obsesyjnie rozciągnięte improwizacje i abstrakcyjno-filozoficzna poetyka tekstów, oślepiająca gra świateł i diapozytywy wyświetlane na ścianach absolutną nowością, tak w sensie pomysłów, jak i skali ich realizacji. Jeden ze współwłaścicieli "UFO", Joe Boyd, zapewnił im realizację kilku nagrań demo i zajął się ich obnoszeniem po wydawnictwach płytowych. W EMI znaleźli się ludzie, którzy wyczuli potencjał rynkowy w tej dziwnej, acz sugestywnej grupie.

      Kariera medialna Pink Floyd zaczęła się adekwatnie do ich zbiorowego charakteru, to znaczy dziwnie. Dwa pierwsze single wcale nie przypominały klimatu ich psychodelicznych, strukturalno-monumentalnych nastrojów, jakie kreowali na koncertach. Zwięzła piosenka Arnold Layne - historia napiętnowana przez BBC, ale ten cenzuralny zakaz telewizyjnego potentata sprowokował reakcję środowiska muzycznego, co nakręciło nadspodziewanie (niezasłużoną?) popularność. Po tym epizodzie Arnold Layne prawie natychmiast wszedł na listę Top 20. Drugi singel, utwór Games For May (dosłownie Gry na maj), napisany z okazji wdziału w dużym koncercie składankowym w Queen Elizabeth Hall właśnie w maju (1967), po jego wykonaniu tamże dostał inny tytuł See Emily Play i pod nim wszedł na 6. miejsce listy w miesiąc później.

      Wobec znacznej ilości oryginalnego materiału (głównie autorstwa Barreta) i w obliczu szybko zdobytego uznania na rynku, zespół nagrywa pierwszy longplay, "The Piper At The Gates Of Dawn", dziwny, zaskakujący i niekonwencjonalny, ignorujący zasady muzyki i zderzający nieprzyswajalne stylistyki. Groteskowo ulotny pop zestawiony z ciężkimi, gitarowymi riffami, infantylne fantazje tekstowe na przemian z prowokacyjną perwersją... Ale pomimo tej pozornie chaotycznej mieszaniny całość była konsekwentna i - o dziwo - strawna dla rynku. Przyczyniły się do tego zwłaszcza dwa mocne tytuły: Summer of love i interstellar overdrive, dzięki którym nazwa Pink Floyd zaistniała w górnych rejonach list przebojów. Zaistniała też na plakatach anonsujących trasy koncertowe, Najważniejsza z nich i najbardziej brzemienna w skutki była ta, w której dzielili scenę z triem Jimi Hendrix Experience. Kombinacja dwóch wariantów estradowego szaleństwa robiła ogromne wrażenie. Promotorzy zdecydowali wysłać ten zestaw na tournee do USA. Wyjazd okazał się katastrofalny. Wzajemny zgubny woływ Hendrixa i Barretta rzucił ich obu w otchłań środków halucynogennych i ciężkich narkotyków. U chwiejnego psychicznie Barretta doprowadziło to do niezrozumiałego bełkotu w trakcie konferencji prasowych i wywiadów oraz niekontrolowanych zachowań na scenie.

C.D.N.